You are herePolacchizzati

Polacchizzati


By pracownik - Posted on 28 lipiec 2010

- Mówią, że jesteśmy leniwi.A może to wy, Polacy, macie nie po kolei w głowie? Po co tak harujecie?- pyta mnie robotnik z fabryki Fiata pod Neapolem, dokąd koncern przeniósł z Tychów produkcję Pandy.

Plac Primavera w Pomigliano d'Arco. Duszno, 40 stopni, idzie burza. Dzwony już dawno biły na południe. Dwoje młodych Włochów pędzi przez plac z dokumentami. - To polacchizzati. Dali się spolakować, to niech się męczą - objaśnia 39-letni Gianluca Pagano, były pracownik fabryki Fiata.

"Spolakowanie" Włochów czy nawet szerzenie tu "niewolnictwa", jakiemu ulegli wcześniej Polacy, to główny temat związkowych wieców, knajpianych kłótni i niedzielnych kazań w Pomigliano d'Arco i kilkunastu miasteczkach wokół Wezuwiusza. - Tychy, Polska, a potem, niestety, Chiny. Wyzysk. To wszystko tutaj przyjdzie. Ale wcześniej nas zniszczy - wyrzeka Pagano, popijając kawę.

W czerwcowym referendum Fiat dał robotnikom w Pomigliano prosty wybór: albo w zamian za ich zgodę na cięższą pracę zainwestuje w fabrykę 700 mln euro, albo mimo politycznych nacisków włoskiego rządu nie przeniesie tu produkcji nowej Pandy z Tychów.

W drugim wariancie na bruk mogłoby pójść blisko 5,5 tys. włoskich pracowników Fiata i 10 tys. ludzi z lokalnych zakładów obsługujących fabrykę samochodów. A żywi ona pół Pomigliano od dziesięcioleci.

- To nie było referendum, lecz szantaż. Przystawili nam pistolet do głowy! - mówi ksiądz Paolo Farinella. 63 proc. pracowników Fiata, straszonych bezrobociem i opowieściami o Polakach z Tychów rwących się do pracy w noce i niedziele, zagłosowało za reformą.

Sjesta, w barze przy Viale Alfa Romeo odpoczywa kilkunastu robotników. - Głosowaliśmy "tak", bo wykręcono nam ręce - zapewniają. Zgodzili się pracować na trzy zmiany (były dwie) aż do niedzielnego świtu (zamiast tygodnia pracy kończącego się w piątek), zgodzili się na to, by szef miał prawo żądać nadzwyczajnych nadgodzin przy dużych zamówieniach, na dokładniejszą kontrolę lewych zwolnień lekarskich, krótsze przerwy na posiłki, ograniczenie prawa do strajku.

Pytam, czy Pomigliano dogoni Tychy, najwydajniejszą fabrykę Fiata w całej Europie. - Mówią, że jesteśmy leniwi. A może to wy, Polacy, macie nie po kolei w głowie? Zastanawiacie się, po co tak harujecie? - odpowiada Raffaelle, sympatyk związku zawodowego FIOM, który wzywał, by w referendum głosować "nie".

Żona Raffaellego tłumaczy, że przed laty zgodziła się na ślub i troje dzieci z mężczyzną, który codziennie wraca do domu na noc, a nie w niedzielę nad ranem. We Włoszech zdarzają się fabryki pracujące na trzy zmiany, ale jej mąż na to się nie pisał, nie do takiej fabryki szedł pracować za ojcem i dziadkiem.

- Godził się na mniejsze pieniądze w zamian za więcej życia. Tak, im mniej pracujemy, tym jesteśmy szczęśliwsi. Czy to nienormalne? - pyta 36-letnia Agnese.

Inwazja harówki i szybkiego życia z północy na południe Włoch trwa od dawna. "Idzie na gorsze", "świat się rozpada" - mówi wielu mieszkańców Pomigliano.

Agnese pokazuje dwa sklepiki pod jej balkonem przy Via Ercole Cantone. Mimo sjesty oba są otwarte. - Cztery godziny przed sjestą i cztery po niej: tak było od zawsze. Tak zbudowaliśmy nasz bogaty przecież kraj. A teraz? Ośmiogodzinny dzień pracy to przeżytek? Ile godzin one pracują dziennie? Kto je obiad z ich dziećmi? - Agnese wskazuje uwijające się sprzedawczynie.

W Pomigliano nie zaprzeczają, że warunki pracy w "ich" fabryce dla przybysza spoza południa Włoch są przedziwne. Czy podczas ostatniego mundialu szefowie nie ustawili im w hali wielkiego ekranu, by mogli oglądać mecze Włochów, nie tracąc dniówki? - Tak było. Ale czy urzędnicy, kierownicy i kapitaliści nie oglądali w pracy mundialu? - odpowiadają robotnicy.

Czy naprawdę jedna czwarta pracowników poszła na zwolnienie lekarskie w drugim dniu wyborów parlamentarnych w 2008 r., by wybrać się na demonstracje związkowe w Pomigliano i Neapolu lub poodpoczywać w domu?

- No dobrze, trochę przesadziliśmy - bywalcy baru przy Viale Alfa Romeo powoli, jak to podczas sjesty, kiwają głowami.

"Model Pomigliano" - jak włoskie media nazywają wymuszanie zmian kontraktów pracowniczych pod groźbą przeniesienia produkcji do tańszych krajów - wywołuje coraz większy opór. Zwłaszcza że Fiat właśnie ogłosił, że nowego minivana chce produkować w Serbii, co może być przygrywką do kolejnej zmiany kontraktów robotników.

Przeciw przenoszeniu produkcji za granicę protestuje watykański dziennik "L'Osservatore Romano". Szef najpoczytniejszej gazety "La Repubblica" Ezio Mauro przestrzega, że "model Pomigliano" może wyzerować prawa pracowników wywalczone przez związki zawodowe w zachodniej Europie w latach 70.

- Strzeżcie się, bo wkrótce i was w tej Polsce czy Serbii wyprą tańsi Azjaci - mówi Gianluca Pagano. Jutro też przyjdzie na plac Primavera, by cieszyć się jeszcze niespolakowanym życiem.

Źródło: Gazeta Wyborcza