You are hereUstalenia PIP ws. śmierci pracowników na Stadionie Narodowym w Warszawie

Ustalenia PIP ws. śmierci pracowników na Stadionie Narodowym w Warszawie


By pracownik - Posted on 20 styczeń 2010

1 grudnia na budowie stadionu doszło do tragicznego wypadku: z wysokości 18 metrów spadł podnoszony przez żurawia kosz, w którym znajdowało się dwóch robotników. Jeden z nich zginął na miejscu, drugi w szpitalu, w wyniku poniesionych obrażeń. Wczoraj w Warszawie odbyła się konferencja prasowa o wynikach dochodzenia PIP.

Z ustaleń inspekcji pracy wynika, że na budowie panował bałagan, a przy operacji, podczas której wykorzystywany był kosz, ignorowano podstawowe wymagania bezpieczeństwa. Po pierwsze, kosz nie nadawał się do podczepienia pod żuraw - ostatnie ogniwo łańcucha na którym wisiał, było za wąskie i nie wchodziło na hak żurawia. Robotnicy włocławskiej firmy PPW Safety przyczepili kosz prowizorycznie, wykorzystując łańcuchy, które miały uszkodzone karabińczyki. W ogóle nie powinni do kosza wsiadać, bo nie mieli badań lekarskich dopuszczających ich do pracy na wysokości. Przypinanie kosza powinien nadzorować majster, ale nie było go i robotnicy zrobili to na własną rękę. Operacji nie nadzorował też tzw. hakowy - robotnik odpowiedzialny za prawidłowe podczepienie ładunku do żurawia, którego na placu budowy widać z daleka, bo nosi czerwoną kamizelkę i kask. Skoro sygnału do podniesienia ładunku nie dała osoba ubrana w taki kask, operator dźwigu nie powinien go posłuchać.

- To zastanawiające. Pracodawca o ogromnym doświadczeniu (firma Alpine Bud) toleruje niewykwalifikowanych robotników. Prace bez hakowego, bez zaświadczeń lekarskich? - zdumiewał się Tadeusz J. Zając, główny inspektor pracy.

Ale naprawdę to nic dziwnego. W Polsce na budowach panuje niebezpiecznie warunki pracy. Budowa Stadionu w Warszawie powinna trwać trzy lata, ale ponieważ jest potrzebna na mistrzostwa Europy, musi powstać w dwa lata. Także ponad stu firm podwykonawczych pracuje na budowie.

Dźwig w ogóle zresztą nie powinien podnosić kosza, bo żaden z żurawi dostarczonych przez gdańską firmę Żuraw Grohman nie został dopuszczony przez Urząd Dozoru Technicznego do przenoszenia takiego ładunku. I to pomimo faktu, że o takim obowiązku czarno na białym napisano w instrukcji obsługi kosza. - Ten kosz wcześniej przez kilka tygodni używany był w innych sekcjach placu budowy, podnoszony przez kilka innych dźwigów, wszędzie mocowano go w ten sam prowizoryczny sposób. Wszędzie mogło dojść do analogicznej tragedii - podkreślał Wiesław Bakalarski.

Kosza poza tym w ogóle nie powinien wydać magazynier. Była to osoba niemieckiego pochodzenia, a 99 proc. robotników nie zna niemieckiego. Prawdopodobnie nie mogli się porozumieć - dodał ekspert PIP.