You are hereZginęli pod gruzami Żaden z nich nie chciał zostać robotnikiem budowlanym. Nie o takiej przyszłości marzyli. Do Zakopanego po

Zginęli pod gruzami Żaden z nich nie chciał zostać robotnikiem budowlanym. Nie o takiej przyszłości marzyli. Do Zakopanego po


By pracownik - Posted on 21 lipiec 2010

Żaden z nich nie chciał zostać robotnikiem budowlanym. Nie o takiej przyszłości marzyli. Do Zakopanego pojechali zarobić trochę grosza. Do domów już nie wrócili. Dwaj bracia Michał J. (21 l.) i Wojtek J. (23 l.) z Białowoli k. Zamościa oraz 18-letni Krzysztof M. z Cześnik (gm. Sitno) zginęli na budowie, przygnieceni betonowym balkonem. Już teraz wiadomo, że firma, która ich zatrudniła, dopuściła się rażących zaniedbań.

W Białowoli, gdzie mieszka mama Michała i Wojtka (ojciec zmarł, gdy byli dziećmi) oraz ich dziadkowie, wiadomość o tragedii rozeszła się błyskawicznie. We wtorek (13 lipca) rano ogólnopolskie serwisy informacyjne podały pierwsze informacje o wypadku na budowie Centralnego Ośrodka Sportu w Zakopanem, w której zginęło trzech młodych mężczyzn spod Zamościa, a czwarty został lekko ranny. – Ta wiadomość spadła na nas, jak grom z jasnego nieba. Kilka dni temu widziałam jeszcze tych chłopaków. Byli uśmiechnięci, zadowoleni. Ich babcia mówiła, że znaleźli sobie jakąś pracę na wakacje, do tego nieźle płatną. Jak to kawalerka, chcieli mieć swój grosz, nikogo o nic nie prosić. Chociaż niczego im nie brakowało – mówi jedna z mieszkanek Białowoli.

Ludzie dzwonili do siebie i wysyłali esemesy. Wielu nie było w stanie uwierzyć w to, co się stało. Wszyscy zadawali sobie pytanie, dlaczego? Koledzy i koleżanki, z którymi Wojtek i Michał chodzili kiedyś do szkoły, kumple z orkiestry dętej w Białowoli, z którymi grywali na festynach, koncertach i turniejach muzycznych oraz ci, z którymi razem służyli do mszy świętej w kościele w Lipsku.

– To byli koledzy moich dzieci. Tacy młodzi. Trudno jest mi o tym rozmawiać – mówi Tomasz Bosiak, sołtys Białowoli.

Trzynastego lipca...

We wtorkowy poranek Michał, Wojtek, Krzysiek oraz kilkunastu innych robotników pracowało przy gruntownej przebudowie hotelu „Zakopane”, należącego do Centralnego Ośrodka Sportu. 22 mln zł na wykonanie prac przekazał Fundusz Rozwoju Kultury Fizycznej. Obiekt miał zyskać m.in. dodatkowe piętro, nową elewację, większą salę konferencyjną i pierwsze w kraju (to z myślą o sportowcach) pokoje hipobaryczne, w których za pomocą specjalnych regulatorów składu powietrza będą stworzone warunki imitujące pobyt na wysokości 7 tys. metrów nad poziomem morza.
Na tej budowie chłopcy byli dopiero drugi dzień. Zatrudniło ich warszawskie Przedsiębiorstwo Budowlano-Montażowe „Żak”, generalny wykonawca tej inwestycji. Dla „Żaka” pracowali wcześniej, bo od 1 lipca, tj. 13 dni. Tyle, że w Majdanie Ruszowskim koło Łabuń.
Co się wydarzyło przed godz. 9, na budowie Centralnego Ośrodka Sportu?

– Jeden pracownik stał na balkonie i młotem pneumatycznym odcinał betonowy strop od ściany. Konstrukcja nie wytrzymała. Balkon spadł na ziemię z wysokości ok. 10 metrów, pociągając za sobą robotnika i przygniatając kolejnych dwóch, którzy w tym czasie pracowali na dole. Zbierali deski szalunkowe. Trzeciemu, który znajdował się nieopodal, w porę udało się odskoczyć – relacjonuje nadkom. Kazimierz Pietruch, rzecznik zakopiańskiej policji.

Michał i Krzysiek zginęli na miejscu. Ich ciała wyciągnęli z gruzowiska strażacy. Ciężko rannego i nieprzytomnego Wojtka karetka zabrała do miejscowego szpitala. Trafił tam na oddział ratunkowy, z urazem głowy oraz obrażeniami wielonarządowymi. Mimo wysiłków lekarzy, zmarł kilka godzin później.

Na miejsce katastrofy przybyli prokuratorzy oraz inspektorzy nadzoru budowlanego. Roboty przerwano, a teren budowy zabezpieczono. Tych, którzy pracowali razem z Michałem, Krzyśkiem i Wojtkiem poddano badaniom na zawartość alkoholu.

– Wszyscy byli trzeźwi – informuje nadkom. Pietruch.

Na bakier z przepisami

Już dzień po tragedii w Internecie pojawiły się informacje, iż na budowie zakopiańskiego COS brakowało należytego nadzoru, niektórzy pracownicy nie mieli odpowiednich kwalifikacji, w końcu, że wykonawcę „goniły terminy”.

– Na tym etapie śledztwa nie wszystko jeszcze można powiedzieć. Wiadomo tyle, że miejsce, gdzie prowadzone były prace nie zostało dobrze zabezpieczone. Usuwanie balkonu z trzeciego piętra miał zabezpieczać dźwig. A tak nie było – zaznacza nadkom. Pietruch.
O tym, że zostały naruszone przepisy bhp oraz zasady sztuki budowlanej przez wykonawcę tej inwestycji, mówi też Jan Kęsek, Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Zakopanem.

– Prace budowlane nie były prowadzone należycie. Technologia, którą zastosowano przy rozbiórce obiektu, stwarzała zagrożenie dla zdrowia i życia pracujących tam osób. Strefa, w której zginęli ludzie, powinna być odgrodzona. Poza tym, nie było projektu rozbiórki dachu. Decyzje w sprawie zakresu prowadzonych prac podejmował samodzielnie kierownik budowy, co jest niezgodne z przepisami prawa budowlanego – wyjaśnia Jan Kęsek.

Z kolei brak nadzoru nad pracownikami orzekli inspektorzy pracy, zajmujący się tym wypadkiem. Są to na razie wstępne ustalenia. Szczegółowe będą znane niebawem.

Na razie Prokuratura Rejonowa w Zakopanem, prowadząca śledztwo w tej sprawie, nie postawiła nikomu zarzutów. Jeśli okaże się, że doszło do rażących zaniedbań ze strony wykonawcy, winni mogą trafić za kratki. Nawet na 3 lata.

Gdzie jest ta firma?

Reporterzy stacji TVN 24, którzy wkrótce po katastrofie w Zakopanem chcieli skontaktować się z inwestorem, mieli z tym problemy. Pod adresem, który widniał na tablicy informacyjnej na placu budowy, nie znaleźli siedziby firmy, a jedynie prywatne mieszkanie, w którym od dawna mieszka starsza kobieta. Adres drugiego przedsiębiorstwa (przetarg na modernizację COS wygrało konsorcjum) też okazał się nieaktualny. Tam reporter TVN 24 usłyszał, że firma wyprowadziła się na początku roku.

Nieaktualny, co też sprawdziliśmy, jest numer telefonu podany na stronie internetowej Przedsiębiorstwa Budowlano-Montażowego „Żak” (ta sama firma kilka lat temu wygrała przetarg na budowę stacji radarowej w Majdanie Ruszowskim). „Nie ma takiego numeru” – powtarza automatyczna sekretarka.

- Nie wiem, gdzie chłopcy złapali kontakt z tą firmą z Warszawy. Pewnie przez kolegów. Wiem, że z naszej wioski oraz z sąsiednich miejscowości do Zakopanego pojechało kilku – opowiada Adela Milczuk, babcia Wojtka i Michała. – Wnukowie nie znali się na budowlance, ale chcieli spróbować, zarobić trochę pieniędzy. Myśleli o kupnie drugiego auta, bo każdy chciał mieć swoje. Cieszyli się z tej roboty. Mówili: „babciu, nieźle płacą, 11-12 zł za godzinę”.

Byli tacy młodzi...

Bracia skończyli „ekonomik” w Zamościu. Zaczęli studiować. Wojtek – budownictwo, Michał – pedagogikę. Ale przerwali naukę. Chwytali się różnych zajęć. Pracowali trochę w zamojskiej restauracji McDonald’s.
– Nie byli zadowoleni. To nie była dla nich robota. Szukali innej, i znaleźli... śmierć. Jeszcze w poniedziałek dzwonili z Zakopanego. Mówili, że są spaleni, że jest ciężko, ale że wszystko da się zrobić. Tak bardzo będzie mi ich brak – płacze pani Adela.

Pasją Michała i Wojtka była muzyka. Obaj chodzili do Państwowej Szkoły Muzycznej im. K. Szymanowskiego w Zamościu. Grali na trąbce. Szło im nieźle, na konkursach zdobywali nagrody.

- Grywali od małego. Najpierw dziadek woził ich na lekcje do Kalinowic, do Andrzeja Greszty, który rozkręcał właśnie orkiestrę. Potem były próby na miejscu, w Białowoli. Zaliczyli mnóstwo koncertów. Jeździli po całym kraju, byli też za granicą. I tak przez ponad 10 lat – wspomina babcia Wojtka i Michała.

Byli uczniami szkoły muzycznej II stopnia, gdy zrezygnowali z nauki. Wojtek chciał nawet wrócić, skończyć szkołę. W czerwcu przystąpił do egzaminu, czekał na wyniki.

Ostatnio bracia grali w zamojskiej nieetatowej orkiestrze wojskowej.
– Wojtek był na każde zawołanie. Sumienny, obowiązkowy, kochał muzykę. Michał też z nami grywał, ale rzadziej. Straciliśmy wspaniałych chłopców – mówi kapelmistrz, Bogdan Pałczyński.

Pogrzeb Wojtka i Michała odbył się w sobotę (16 lipca). W kościele w Lipsku żegnała ich rodzina, znajomi i koledzy muzycy.

Tego samego dnia w Cześnikach, podczas uroczystości pogrzebowych wspominano 18-letniego Krzysztofa. Za kilka dni miał przyjąć sakrament bierzmowania.

– W domu im się nie przelewało. Rodzice rozwiedli się. On mieszkał z matką i trojgiem młodszego rodzeństwa. Niespecjalnie radził sobie w szkole, nie skończył nawet gimnazjum, więc szukał dorywczo jakiegoś zajęcia. Do tej roboty w Zakopanem namówił go kolega ze wsi, którego ojciec wcześniej zaczepił się w tej firmie. Pojechał, bo chciał zarobić. Pieniądze były potrzebne jemu i jego rodzinie... Stało się wielkie nieszczęście – urywa rozmowę mieszkanka wsi.

Miejscowa młodzież, która tłumnie przyszła na pogrzeb swojego kolegi, przyniosła róże.

Kronika Tygodnia